Kilka słów o mojej historii
Miała na imię Sally. Była, jak wtedy myślałem, miłością mojego życia. Była więcej niż kochanką, była moim najlepszym przyjacielem, do tańca i do różańca. W związek z nią byłem zaangażowany bardziej niż w jakikolwiek inny. Przy niej czułem się kochany. Większą cześć naszej sześcioletniej znajomości przeżyliśmy w namiętności i radości.
Sally i ja nigdy się nie pobraliśmy – czuliśmy, że uczucie nas łączące jest tak silne, że nie potrzebujemy żadnego dokumentu, który by je poświadczał. Stwierdziłem, że pobierzemy się, gdy zakończą się wszystkie formalności związane z moim rozwodem i gdy znajdziemy sposób, by nasz ślub nie przeszkodził mi być jak najlepszym ojcem dla moich czterech synów. To były naprawdę skomplikowane okoliczności.
Odwaga, by marzyć
Większość z nas chciałaby dzielić życie z kimś bliskim. Silna potrzeba łączenia się w pary wynika z instynktu przetrwania. To pragnienie więzi pojawia się najpierw w postaci obrazów, które stwarzamy, wyobrażając sobie swoją przyszłość.
W marzeniach widzimy rodzinę, dzieci, przyjaciół, przygody, miejsce, które staje się naszym domem, i wszystkie inne szczegóły. W życiu podświadomie dążymy do tego, co istnieje już w naszej wyobraźni.
Po raz kolejny odważyłem się zamarzyć o poczuciu przynależenia, kochania i bycia kochanym. Wyobraźnię miałem pełną błogich obrazów naszej wspólnej przyszłości. Dałem się ponieść mitowi, który mówi, że każdy odnajdzie swoją drugą połowę i będzie z nią żył długo i szczęśliwie. Dla mężczyzny jest to wizja księżniczki lub bogini, dla której jest księciem, jej bohaterem. Kobiety natomiast od dzieciństwa słuchają opowieści o „księciu z bajki na białym koniu”. Nazywa się to „kompleksem Kopciuszka”. Te bajki są częścią naszej wspólnej podświadomości. Takie postrzeganie pochodzi prawdopodobnie z przekonań ludowych, wzmacnianych przez filmy, telewizję, piosenki i książki, a jednocześnie jest w nas zakodowane genetycznie, ponieważ dążymy do złączenia się z najpiękniejszą (najbardziej atrakcyjną seksualnie) osobą, jaką możemy znaleźć, w celu zapewnienia jak najlepszych genów naszemu potomstwu i – dzięki temu – przetrwania naszego gatunku.
Przypuszczam, że większość ludzi żyje tymi mitami czy marzeniami przez całe życie. Niektóre z nich mogą nawet się spełnić. Ważne jest, by ich nie odrzucać. Mówienie, że jest to zbyt piękne, by mogło się ziścić, jest niedocenianiem naszych możliwości.
Patrząc wstecz, widzę, jak takie ograniczone oczekiwania mogły uchronić mnie przed cierpieniem, zmniejszając moje zaangażowanie, nadzieje i marzenia. Mimo to nie uważam, żeby pomniejszanie naszych pragnień było dobrym pomysłem na życie.
Z wielu powodów opisanych w tym blogu mój związek z Sally, moje marzenia oraz mit księżniczki i księcia zaczęły się walić pod koniec szóstego roku bycia razem. Po trzech miesiącach szarpaniny Sally uznała, że chce odejść i bardziej zająć się sobą.
Mimo że widziałem, co się z nami działo, byłem oszołomiony.
Smutek ogarnął mnie jak mgła, której nie mogłem rozproszyć. Czułem się zraniony, sfrustrowany, zły i bezradny. „Dlaczego odeszła? – pytałem siebie – przecież było nam razem tak dobrze”. Poczułem się kompletnie zagubiony, moja dusza płakała. Pojawiły się wątpliwości:
Co poszło nie tak?
Co ja teraz zrobię?
Czułem się zraniony i odrzucony. Zbyt wiele było we mnie smutku, bym odczuwał złość. Za bardzo byłem zagubiony. Mój smutek był zbyt głęboki, by wszystkie moje uczucia naraz dotarły do mojej świadomości. To było jak śmierć. Nie wiedziałem, że mogę się tak czuć. To wstrząsnęło mną do głębi.
